

Standard Serial ATA powstał, aby życie było prostsze. Mała wtyczka, możliwość jej integracji z zasilaniem, teoretyczna obsługa wymiany „na gorąco” (ang. hot-swap), możliwość obsługiwania dysków twardych o bajecznych pojemnościach i brak konieczności ustawiania jakichkolwiek zworek na napędach zapowiadały bezproblemową rozbudowę komputerów.
Niestety, bałagan powstał już w momencie ustalania nazwy standardu. Początkowo mówiło się tylko o Serial ATA, gdyż istniała jedynie jedna specyfikacja. Później zaczęto wspominać o obsłudze technologii NCQ (ang. Native Command Queuing), a jeszcze później o dwukrotnie szybszym transferze danych. Zanim ktokolwiek się spostrzegł, wszyscy – tak użytkownicy, jak producenci – zaczęli mówić o standardach Serial ATA I i Serial ATA II — ten drugi miał przepustowość 3 Gbps i obsługiwał NCQ.
Tymczasem nie ma czegoś takiego, jak SATA I i SATA II. Standard jest jeden — po prostu dostępne są dwie szybkości sygnalizacji i dodatkowe opcje, takie jak NCQ. Dysk SATA może zatem obsługiwać szybkość transmisji 1.5 Gbps i mieć lub nie mieć NCQ lub też „wyciągać” pełne 3.0 Gbps i również mieć lub nie mieć NCQ. W obu przypadkach nazwa standardu jest jedna: Serial ATA.
Szkoda tylko, że nie pozwala się użytkownikom zapomnieć o różnicach. Błędy w implementacji SATA poczynione przez firmę VIA spowodowały, że dysk zgodny z sygnalizacją 3.0 Gbps nie jest w stanie wynegocjować prawidłowo mniejszej prędkości i nie jest rozpoznawany przez mostki VIA SATA. Dopiero przestawienie zworki pozwala wymusić transmisję 1.5 Gbps i uruchomić dysk. A miało być prościej...