

Miałem niedawno okazję zajmować się doprowadzeniem do stanu używalności dwóch prawie fabrycznie nowych komputerów przenośnych. Oba przyzwoitej klasy (HP i Toshiba) i oba wyposażone w pojemne baterie akumulatorów Li-Ion, teoretycznie zapewniające długotrwałą pracę na zasilaniu bateryjnym. Oba jednak były przeraźliwie powolne i zaskakująco krótko działały na bateriach.
Okazało się, że w obu przypadkach systemy były przeładowane różnego rodzaju programami narzędziowymi producentów. Spowalniały one uruchamianie Windows, zajmowały bardzo dużo pamięci, a co najgorsze — pracowały okresowo w tle, marnując tak cenną energię zmagazynowaną w akumulatorze. Najgorsza pod tym względem okazała się być Toshiba: niektóre z zainstalowanych narzędzi były napisanie w Javie, wymagając obecności maszyny wirtualnej tego języka i zajmując mnóstwo pamięci wirtualnej i fizycznej!
Po zablokowaniu lub wręcz odinstalowaniu wszystkich zbędnych narzędzi komputery jakby dostały skrzydeł. Oba zaczęły pracować znacznie sprawniej, a do tego wreszcie działały na zasilaniu bateryjnym przez czas określany przez producenta jako „maksymalny osiągalny”.
Wniosek: producenci komputerów przenośnych działają na własną szkodę. Ich amatorsko napisane oprogramowanie spowalnia komputery i skraca czas pracy.
Co ciekawe, nie miałem tak złych doświadczeń z komputerami niby niższej klasy. Notebooki firmowane na przykład przez Fujitsu-Siemens zazwyczaj wyposażone są w lekko tylko dostosowany system operacyjny, bez balastu dziesiątek programów narzędziowych.
No i na osłodę przy uruchamianiu zawiesza mi się Word, choć inne programy z pakietu Office działają prawidłowo.
Chyba czeka mnie całkowite wyrezanie preinstalowanego Windowsa.