

Prawie każdy chciałby mieć możliwie najszybszy komputer z możliwie najwydajniejszym procesorem. Niektórym udaje się zrealizować takie marzenia i przychodzi moment, gdy drżącymi rękoma uruchamiają nowo zakupione pudełko zawierające gigahercowe maleństwo zwane mikroprocesorem.
Jednak już po paru minutach twarz posiadacza takiej maszyny nie jest tak rozpromieniona, jak na początku. Wydajny procesor na pewno wymaga wydajnego chłodzenia, a wiele wydajnych zestawów chłodzących nie grzeszy kulturą pracy, hałasując niemiłosiernie lub wręcz wprawiając w drgania całą obudowę komputera.

Już po godzinie pracy z takim komputerem wielu użytkowników myśli o kupnie innego zestawu chłodzącego, czy nawet o zastosowaniu do chłodzenia procesora praktycznie bezgłośnego bloku wodnego. Warto jednak skonfrontować wskazania czujnika temperatury procesora z tabelą zalecanych i maksymalnych dla danego układu temperatur — może się wtedy okazać, że aż tak wydajne chłodzenie po prostu… nie jest potrzebne!
Zestawy chłodzące często projektowane są z myślą o najszybszych dostępnych na rynku procesorach oraz o najbardziej niesprzyjających warunkach pracy. Jeśli jednak posiadany przez Ciebie procesor nie jest wcale rekordzistą pod względem wydzielania ciepła, a Ty sam nie jesteś wielkim zwolennikiem utrzymywania w pokoju przez cały rok temperatury powyżej 30°C, możesz spokojnie ograniczyć prędkość obrotową wiatraczka i kosztem niewielkiego wzrostu temperatury procesora zyskać wyraźne zmniejszenie wydzielanego przez komputer hałasu.
Uwaga: wykonanie przeróbek opisanych w tym artykule wymaga choćby elementarnego obeznania z elektroniką oraz choćby najmniejszej praktyki w lutowaniu elementów elektronicznych. Jakikolwiek błąd popełniony w czasie montażu lub uruchamiania układu może doprowadzić w skrajnych przypadkach do porażenia prądem, zniszczenia komputera (lub jednego z jego podzespołów) czy też wywołania pożaru. Jeśli nie jesteś pewien swoich umiejętności, poproś o pomoc kogoś bardziej doświadczonego. Nie odpowiadam za jakiekolwiek szkody poniesione w wyniku przeprowadzania opisywanej modyfikacji.
Pierwsza sztuczka polega na wstawieniu w szereg z wiatraczkiem paru rezystorów. Spowodują one zmniejszenie natężenia prądu płynącego przez wiatraczek oraz napięcia na nim się odkładającego, a w efekcie — zmniejszenie obrotów.

Rozwiązanie takie ma praktycznie same plusy: rezystory kosztują grosze (za 5 sztuk nie zapłacisz więcej niż 50 groszy), możesz dobrać dowolną pasującą Ci prędkość obrotową wiatraczka, a zlutowanie układu wcale nie jest trudne.
Do „operacji” potrzebujesz paru (na przykład pięciu) sztuk rezystorów 15 Ω zdolnych do rozpraszania 0.5 W mocy, ostrych nożyczek, lutownicy (dobrze nagrzanej!), cyny w drucie i rolki taśmy izolacyjnej. Odłącz wiatrak procesora od płyty głównej, odkręć go od radiatora i wyciągnij z obudowy komputera. Przetnij nożyczkami czerwony przewód wiatraczka, odizoluj i ocynuj obie uzyskane końcówki. Obetnij wyprowadzenia dwóch rezystorów tak, aby z każdej strony miały długość około 1.5 cm, po czym zlutuj oba rezystory ze sobą jedną parą połączeń. Pozostałe dwa łącza dolutuj do przygotowanych przed chwilą końcówek drucika zasilającego wiatrak.
Teraz najważniejsze: połóż wiatrak na radiatorze, podłącz go do płyty głównej, upewnij się, że miejsca lutowania nie zwierają do niczego i uruchom komputer. Jeśli wiatraczek nie kręci się, wyłącz natychmiast komputer i sprawdź, co zrobiłeś źle. Jeśli jednak wiatrak obraca się (powinien robić to wolniej niż normalnie), wejdź do programu konfiguracyjnego płyty głównej i sprawdź, jaką temperaturę osiągnie procesor po paru minutach pracy i jakie uzyskałeś obroty wiatraczka.
Jeśli wiatraczek kręci się zbyt wolno (jest to prawdę mówiąc mało możliwe) po wyjęciu go z komputera wylutuj jeden z rezystorów, pozostawiając tylko jeden opornik. Bardziej prawdopodobne jest jednak, iż będziesz chciał jeszcze bardziej zmniejszyć obroty wiatraczka: w takim przypadku odlutuj któryś z końców rozciętego kabla, przygotuj odpowiednio końcówki jeszcze jednego rezystora, po czym dolutuj go dokładnie tak, jak dwa poprzednie (pamiętaj jednak, że po założeniu obudowy temperatura procesora na pewno wzrośnie — nie przesadź więc ze zmniejszaniem obrotów wentylatora!).
Jedna uwaga: niektóre płyty głównie mają ograniczone możliwości pomiaru obrotów wiatraczka i albo pokażą w programie konfiguracyjnym 0 RPM (mimo, że wiatrak kręci się przed Twymi oczyma), albo wręcz uniemożliwią włączenie komputera (w dobrej wierze, choć całkiem bezsensownie). Jeśli więc po dołożeniu kolejnego rezystora komputer przestał się uruchamiać, nie wpadaj od razu w panikę: może po prostu uzyskałeś zbyt niskie obroty i wystarczy spokojnie wylutować jeden z rezystorów.
Gdy uzyskasz już satysfakcjonujące Cię obroty wentylatora, wymontuj go raz jeszcze i bardzo dokładnie sprawdź wszystkie luty. Jeśli któreś z połączeń pęknie, procesor straci chłodzenie i może ulec uszkodzeniu. Może się też zdarzyć, że luźny urwany kabelek spowoduje zwarcie wewnątrz komputera.
Jeśli jesteś pewien jakości wykonanych lutów, zabezpiecz odsłonięte miejsca taśmą izolacyjną (najlepsza jest papierowa), zamontuj porządnie wiatrak na radiatorze, podłącz zasilanie wentylatora, załóż obudowę komputera i uruchom go. Znów czeka Cię chwila sprawdzania osiąganej przez procesor temperatury — jeśli nic złego się nie dzieje, możesz zacząć używać normalnie swojego komputera (zerkaj jednak co jakiś czas na wskazanie temperatury procesora).
Bardzo podobną metodą zmniejszenia obrotów wentylatora jest zastosowanie krzemowych diod prostowniczych. Metoda ta jest marginalnie droższa, troszeczkę trudniejsza w realizacji, ma jednak swoją zaletę: pozwala całkiem dokładnie ustalić dowolne napięcie pracy wiatraczka bez dokonywania jakichkolwiek obliczeń czy pomiarów.
Wykorzystamy fakt, że dioda krzemowa „konsumuje” około 0.7 V napięcia. Łącząc w szeregu pięć diod, uzyskasz spadek napięcia z 12 V do 8.5 V — a to wyraźnie zmniejszy obroty wentylatora.
Wyraźnie widzisz już pierwszą wadę takiego rozwiązania: potrzebne będzie o wiele więcej lutowania (szczególnie, że w niektórych przypadkach wystarcza nawet jeden rezystor, a jedna dioda na pewno nie spełni swojej funkcji).
Inną wadą jest konieczność bardzo uważnego montażu: diody przewodzą prąd jedynie w jednym kierunku — od anody do katody. Na szczęście katoda (która powinna być przylutowana do fragmentu kabla zasilającego idącego do wiatraczka) oznaczona jest zazwyczaj na obudowie diody kreseczką. Mimo to, lutowanie wymaga większej uwagi.
Nie będę dokładnie omawiał procesu lutowania, gdyż jest on identyczny jak w przypadku rezystorów. Jedyna uwaga dotyczy samych diod: wystarczą malutkie diody rozpraszające do 0.1 W mocy.
Jeszcze dokładniejsze ustalenie napięcia zasilania wiatraczka uzyskać można za pomocą scalonego stabilizatora napięcia. Układ taki, wyglądający bardzo podobnie do tranzystorów mocy, podaje na swoim wyjściu ściśle określone napięcie, zależne od modelu układu: jeśli kupisz stabilizator 5 V, to niezależnie od tego, czy będziesz zasilał ten układ napięciem 11.5 V, 12.0 V czy też 12.5 V, zawsze otrzymasz w wyniku pracy układu napięcie 5 V.
Jakie są zalety takiego rozwiązania? Przede wszystkim prostota: wystarczy przylutować trzy przewody, aby uzyskać ograniczenie prędkości obrotowej wiatraczka. Poza tym rozwiązanie takie bardzo skutecznie eliminuje wahania napięcia zasilającego, które mogą powodować dość nieprzyjemne zmiany dźwięku pochodzącego od wiatraczka. Niestety, rozwiązanie to ma również sporo wad: przede wszystkim jest stosunkowo drogie (nawet pięciokrotnie droższe od rozwiązania wykorzystującego rezystory — choć nadal oscyluje w ramach pojedynczych złotówek); gorsze jednak jest to, że nie ma się żadnej możliwości korekty obrotów: jeśli po modyfikacji wentylator będzie się kręcił zbyt wolno, możesz co najwyżej kupić inny stabilizator napięcia, jeśli zaś zbyt szybko — czeka Cię dokładanie rezystorów dokładnie tak, jak w pierwszej metodzie.
Spójrz na typowy komputerowy kabel zasilający (zdjęcie obok). Żółta linia to +12 V, czerwona — +5 V, a dwa czarne kable w środku to (całkowicie sobie równoważne) masy. Olbrzymia większość ludzi bałaby się przyłączyć jakiekolwiek urządzenie między linie +12 V i +5 V wychodząc z założenia, że prąd z zasilania zawsze musi płynąć do masy. Jest jednak inaczej: można spokojnie włączyć obciążenie między linie +12 V i +5 V, uzyskując w wyniku różnicy potencjałów napięcie 7 V.
Był to skrócony przepis na jedną z ciekawszych metod obniżania napięcia na wiatraczku. W praktyce wygląda to następująco: bierzesz wiatrak zasilany bezpośrednio z zasilacza komputera (za pomocą wtyczki takiej, jak na obrazku) lub przerabiasz inny wiatraczek tak, aby był w ten sposób zasilany. Następnie przekładasz styki w gniazdku wiatraczka tak, aby żółty kabel zasilający wiatraczka (nie pomyl go z żółtym przewodem pomiaru prędkości obrotowej spotykanym w nowych wentylatorach!) spotykał się z żółtym kablem we wtyczce zasilania, a czarny przewód wiatraczka — z czerwonym przewodem zasilania. Jeśli prawidłowo dokonałeś przeróbki, wiatraczek będzie zasilany napięciem 7 V.
Nie polecam jednak specjalnie tego typu przeróbki: w wyniku awarii wiatraczka może dojść do uszkodzenia urządzeń komputera zasilanych napięciem 5 V. Zdecydowanie bezpieczniejszą metodą jest obniżenie napięcia na wentylatorze za pomocą stabilizatora napięcia lub rezystorów.
Każda z metod przyniesie najlepsze rezultaty w innym zastosowaniu. Scalony stabilizator napięcia pozwoli Ci uruchomić wiatraczek zasilany napięciem np. 7 V bez ryzyka związanego z wykorzystaniem ostatniej z metod, rezystory będą niezastąpione przy eksperymentalnym doborze prędkości obrotowej, a diody pozwolą bardzo dokładnie (z dokładnością do około 0.7 V) dobrać napięcie zasilające wiatrak, a więc w bardzo niewielkim zakresie zmieniać jego obroty. Wszystkie te metody można też łączyć ze sobą, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Jeśli zaciekawił Cię temat, poeksperymentuj najlepiej z wiatraczkiem zasilanym z osobnego zasilacza sieciowego 12 V i dobierz najlepszą dla Ciebie metodę (lub kombinację metod). Zmontowany układ możesz wtedy bez najmniejszego ryzyka podłączyć do zasilania komputera i cieszyć się jego cichszą pracą.
Dzieje się tak dlatego, że płyta główna spodziewa się na tym styku napięcia odnoszącego się do zerowego potencjału, a nie do 5V.