

Dzisiaj odmówił posłuszeństwa jeden z moich komputerów. Najpierw zachowywał się dziwnie, reagując na przycisk włącznika dopiero po ruszeniu myszą lub naciśnięciu klawisza na klawiaturze, by – po odkurzeniu obudowy i przejrzeniu ustawień BIOSu – przestać się całkiem uruchamiać.
Ponieważ komputer w ogóle nie reagował na włącznik, spinaczem zwarłem styk PS ON z masą. Powitał mnie od razu ekran BIOSu, a komputer działał rewelacyjnie. Objawy wskazywały, że z jakiegoś powodu nawalił układ załączania płyty głównej: zasilacz – stary, dobry Chieftec 360 W – bez problemu zasilał przecież cały komputer.
Coś mnie jednak tknęło i zmierzyłem napięcie 5Vsb. Przy odłączonej wtyczce płyty głównej na styku utrzymywało się idealne 5 V napięcia. Wystarczyło jednak podłączyć wtyk ATX do płyty głównej, by uzyskać coś między 2 V a 3 V. Sytuacja stała się jasna: nawalił jednak zasilacz.
Rozkład komputera na części pierwsze posunął się zatem dalej: chwilę później grzebałem już w niezwykle tłocznym wnętrzu Chiefteca. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało normalnie, jednak po dłuższych oględzinach zauważyłem na brzegu płytki drukowanej dwa nieznacznie napuchnięte kondensatory elektrolityczne, umieszczone podejrzanie blisko bloku stabilizatora napięcia 5 V niskiej mocy.
Jeden zamiennik miałem w skrzynce z częściami elektronicznymi, drugi wylutowałem z jakiegoś starego zasilacza, który już dawno odszedł do krainy wiecznych napięć. Dziesięć minut lutowania i chwila prawdy: zasilacz działa!
Napuchnięty elektrolit po kilku latach pracy komputera w słabo wentylowanej szafce to nic niezwykłego. Ważne, że główne bloki zasilacza pracowały cały czas poprawnie: nawalił tylko mało znaczący (choć, jak widać, znacząco utrudniający uruchomienie komputera) blok napięcia uśpienia. Cała naprawa kosztowała chyba z 5 zł; awaria gorszego zasilacza, gdyby udało mu się upalić jakieś elementy komputera, kosztowałaby znacznie więcej.